Dzieci w strojach ludowych klęczą rządkiem pod krzyżem. Z ich ust płynie polska modlitwa ze słyszalnym, lwowskim akcentem. Spoglądają na tablice z nazwiskami 59 poległych. Ci chłopcy niewiele starsi od nich zginęli tutaj prawie sto lat temu. Biało-czerwone znicze płoną ku ich pamięci co roku w połowie września.

Polscy Spartanie i czerwoni Persowie
Kiedy w sierpniu 1920 r. Wojsko Polskie pokonało bolszewików w bitwie warszawskiej, zapanowała powszechna euforia. Odrzucenie wroga spod bram Stolicy i jednoczesny rozgrom „niezwyciężonej” Armii Konnej Budionnego pod Komarowem załamały całą rosyjską ofensywę na centralnym odcinku frontu. Gdy miesiąc później trwały przygotowania do decydującej rozprawy nad Niemnem, gdzie miało zginąć ponad 40 tys. bolszewickich żołnierzy, na południu siły sowieckie wciąż stanowiły zagrożenie.

14 września wyruszyła ofensywa polskiej 6 Armii w Galicji, mająca na celu ostateczne wyrzucenie wrogich wojsk z terytorium Rzeczpospolitej. W walkach uczestniczyły również dwie dywizje Armii Czynnej Ukraińskiej Republiki Ludowej – jedynego sojusznika Polski w wojnie z bolszewikami. Dwa dni później 13. Pułk Piechoty wspierany ogniem dział 8 Brygady Artylerii zajął niewielką wieś Dytiatyn na granicy przyszłego województwa stanisławowskiego i tarnopolskiego – miejscowość, o której zapewne nikt nigdy by nie usłyszał, gdyby nie to, co miało się tu stać w najbliższych godzinach.

Dowódca 13. Pułku, kpt. Jan Rudolf Gabryś popełnił kardynalny błąd polegający na niedocenieniu potencjału sił przeciwnika. Widząc przez lornetkę długą na kilometr kolumnę wojsk bolszewickich idącą na Dytiatyn, pozostawił tylko jeden batalion piechoty i baterię dział do osłony wzgórza 385, wznoszącego się nad północno-wschodnim krańcem wsi, a resztą swoich sił atakował dalej na wschód, w kierunku Rudna. W efekcie, naprzeciwko niespełna 600 polskich żołnierzy stanęło 2200 bolszewickich piechocińców i kawalerzystów. Nikt nie mógł przyjść im z pomocą, mało tego – to na nich spoczywało w tamtym momencie bezpieczeństwo całej północnej flanki 6 Armii. Gdyby obrońcy Dytiatyna nie wytrzymali, bolszewicy uderzyliby najpierw na odsłonięte skrzydło wojsk kpt. Gabrysia maszerujących na Rudno, a potem nie napotykając żadnych umocnionych stanowisk obronnych, dotarliby do Halicza, gdzie oddziały drugiego rzutu dopiero przygotowywały się do walki. Taka sytuacja groziła zniszczeniem polsko-ukraińskich wojsk na całym południowym odcinku frontu.

Dlatego garstka walecznych Spartan wiedziała, że musi bić się do końca. Hordy ze wschodu nacierały na nich cały dzień. Bolszewicka piechota i kawaleria przypuściły w sumie siedem ataków na polskie pozycje, przeplatanych ostrzałem artyleryjskim. Obrońcy nie oddali ani metra. Gdy późnym popołudniem zaczęła kończyć się im amunicja, a posiłki nie nadchodziły, część polskich oddziałów odmaszerowała, nie mając przy sobie ani jednego naboju. Jedna kompania i bateria dział pozostały na wzgórzu, by osłaniać wycofujących się kolegów. Chwilę później wystrzelono ostatnie pociski z armat, a bolszewicka piechota zaczęła zalewać okopy. Nie mając już amunicji, Polacy bronili się bagnetami, łopatkami saperskimi, a nawet kamieniami i gołymi pięściami. Gdy zaszło słońce, zginęli ponoć wszyscy, którzy pozostali jeszcze na wzgórzu.

Ziemię zaorać i posolić
Miejsc, gdzie polscy żołnierze walczyli z nieopisanym poświęceniem, są setki. Ale tylko kilka z nich nazwano „polskimi Termopilami”. W ten sposób wyróżnia się te starcia, w których pomimo olbrzymiej dysproporcji sił na korzyść przeciwnika, obrońcy stawili czoła wrogowi i nie poddali się, walcząc prawie do ostatniego człowieka.

W dwudziestoleciu międzywojennym tylko jedna bitwa nosiła to zaszczytne miano – był nią Dytiatyn. Dopiero po 1989 r. dołączyła do niej inna bohaterska walka z czasów wojny polsko-bolszewickiej, czyli Zadwórze, bitwa pod Wizną z kampanii wrześniowej, a także kilka bojów z historii sprzed XX wieku.

Choć bitwa pod Dytiatynem zakończyła się porażką obrońców, powstrzymanie bolszewików na jeden dzień wystarczyło, by wywalczyć czas potrzebny do osłonięcia północnej flanki i uratowania wojsk polsko-ukraińskich, które w ciągu miesiąca wypędziły wroga z Galicji. Poświęcenie żołnierzy spod Dytiatyna, porównywalne do postawy spartańskich wojowników w wąwozie termopilskim, nie zostało zapomniane. W okresie międzywojennym spopularyzowano termin „bateria śmierci” na określenie 4 baterii 1 Pułku Artylerii Górskiej, która do końca pozostała na pozycjach pod dowództwem kpt. Adama Zająca – „polskiego Leonidasa”, poległego u boku swych żołnierzy. II Rzeczpospolita wybudowała swoim bohaterom kościół nagrobny w miejscu śmierci, a co roku w rocznicę bitwy odbywały się tam patriotyczne uroczystości.

Oficjalna wersja wydarzeń w czasach II RP była taka, że z „baterii śmierci” nikt nie przeżył. Propagowano ją na przekór tego, że w uroczystościach uczestniczyli… ocalali weterani bitwy. W tym roku po raz kolejny spotykam panią Annę Kamińską wraz z synem, szykujących się rankiem w dniu obchodów do wyjazdu w kierunku Dytiatyna. Pani Kamińska, z domu Wysocka, jest córką kpr. Jakuba Wysockiego. Wyjaśnia, że etatowo w Wojsku Polskim każdej armacie pułkowej towarzyszył karabin maszynowy do osłony załogi działa przed piechotą wroga – jej ojciec, kpr. Wysocki obsługiwał jeden z tych kaemów pod Dytiatynem. Był w „baterii śmierci” i ocalał. Przez trzy dni błąkał się po lasach, ranny i prawie bez zapasów żywności, ale w końcu trafił na polski patrol, który go uratował. Pani Anna mówi też o koledze z oddziału jej ojca, któremu udało się ocalić życie w inny sposób: poplamił swój mundur krwią i przez całą noc udawał zabitego, kiedy bolszewicy dobijali rannych…

Kult Dytiatyna rozwijał się do 1939 r. Wszystko przerwał wybuch II wojny światowej i utrata Kresów wschodnich przez Polskę. Sowieccy okupanci nie mogli darować polskim żołnierzom stawionego im oporu, nawet po 28 latach. W 1948 r. kościół nagrobny został zburzony, a cmentarz zrównany z ziemią. Po miejscu pamięci miał nie zostać ślad. Komunistom nie udało się jednak przewrócić masywnego krzyża, wykonanego z łusek po wystrzelonych pociskach armatnich. Wyznaczał on przez dziesięciolecia miejsce spoczynku polskich żołnierzy, które nigdy nie zostało obsiane przez miejscową ludność ukraińską. Najstarsi mieszkańcy Dytiatyna dbali nawet o to, aby ślad po cmentarzu nie zanikł. W 1986 r., 66 lat po bitwie sowieckie kierownictwo postanowiło rozwiązać tę kwestię raz na zawsze.

Gdy dziś patrzę na twarz starszego, schorowanego człowieka, trudno jest mi uwierzyć w to, jaką rolę odegrał on kiedyś w walce o pamięć. Petro Hrudzewycz, mieszkaniec Dytiatyna, który prawie nigdy nie opuszczał swej rodzinnej miejscowości, był kierowcą ciężarówki w miejscowym kołchozie. Gdy po domach rozeszła się wiadomość, że we wsi jest KGB i coś knuje, kilku kobietom przyszło do głowy sprawdzić, co dzieje się na cmentarzu. Z więziennej „suki” wyszli więźniowie kryminalni, których zwieziono tutaj specjalnie na ścięcie krzyża. Za udział w akcji dostawali po butelce wódki i pęcie kiełbasy. Po raz drugi barbarzyńcy triumfowali. Krzyż padł.

Chwilę później panu Petro złożyło wizytę dwóch garniturowców z czarnej wołgi. –Jest jedna sprawa – powiedzieli do niego. – Pojedziesz ciężarówką i zabierzesz krzyż. Wyrzucisz go do rzeki, albo zawieziesz do lasu. Pan Petro był jednak wierzącym grekokatolikiem, który pomimo ateistycznej polityki państwa uczęszczał regularnie na nabożeństwa do cerkwi. Dlatego odparł: – Nie pojadę. Odmawiam wywiezienia krzyża.

Został za to zdegradowany w pracy do funkcji rozwożenia mleka, które podawano mu, chyba na złość, w dwudziestolitrowych, metalowych bańkach. Gdy wrzucał jedną z nich na wysoką burtę ciężarówki, doznał urazu kręgosłupa, przez który do dzisiaj porusza się o kulach. Krzyż, cel jego walki i ofiary, został wkopany na placu przy cerkwi w Dytiatynie, gdzie stoi do dziś. Pana Hrudzewycza poznałem w ubiegłym roku, na obchodach 98. rocznicy bitwy. Prosty człowiek po technikum rolniczym, pracownik kołchozu, staruszek w spłowiałym tureckim swetrze wykazał się większą wiarą niż nie jeden uczony teolog.

Samotni waleczni
Likwidacja cmentarza w Dytiatynie dokonała się ostatecznie pięć lat przed rozpadem Związku Sowieckiego. Gdy Polska i Ukraina były już wolne, zniknęły formalne przeszkody do przywrócenia pamięci o „polskich Termopilach”. Jednak państwa nie wzięły na siebie tego zadania, a spadło ono na rodziny żołnierzy i ludzi dobrej woli.

Aż do początku lat dwutysięcznych o Dytiatynie nie wiedział prawie nikt. Polscy i ukraińscy urzędnicy jako miejsce do wspólnego świętowania wybrali łatwiej dostępne, położone nieopodal Lwowa Zadwórze. Dopiero w 2005 r. potomek mieszkańców Dytiatyna, Szymon Hatłas dotarł w rodzinne strony swoich przodków. Gdy teraz siedzimy razem w samochodzie, który po dziurach i wybojach zbliża się powoli do Dytiatyna, pan Szymon opowiada mi:

– Pierwszego dnia objechałem całą wioskę dookoła. Rozglądałem się na wszystkie strony, bo dowiedziałem się, że po cmentarzu został już tylko wał ziemny. Ale niczego podobnego nie widziałem. Wróciłem do Halicza kompletnie zrezygnowany. Chciałem już wyjeżdżać, ale coś mnie tknęło, żeby pojechać po raz drugi. Spotkałem przypadkiem staruszkę przy drodze i zapytałem ją o cmentarz. Odpowiedziała, że nazywa się Tatarewska i jest w połowie Polką. Zaprowadziła mnie na sam cmentarz. Szła przede mną kilka kilometrów, a ja jechałem za nią samochodem na pierwszym biegu, bo nie chciała wsiąść. Ale wreszcie dotarliśmy. Rzeczywiście, nie było tam wtedy nic poza muldą ziemi i chwastami.

Pan Szymon uruchomił wszystkie możliwe kontakty i postanowił doprowadzić do skutku odnowę cmentarza w Dytiatynie. Wspomina obojętność instytucji państwowych i podkreśla, że decydujący wkład w to dzieło miały osoby prywatne. Miejscowy majster z Dytiatyna, Ukrainiec, wykonał kopię krzyża, która stanęła na miejscu oryginalnego, uratowanego przez pana Petro. Od 2009 r. pod nowym krzyżem, który szybko obrosły krzaki dzikiej róży, odbywały się Msze św. w każdą rocznicę bitwy. Wreszcie, staraniem Wiesławy Holik, działaczki kresowej urodzonej w Stryju, rozpoczęła się odbudowa cmentarza.
– Projekt mieliśmy rozpisany na półtora miesiąca i w tym czasie musieliśmy zamknąć wszystkie prace – tłumaczy pani Wiesława, stojąc u bram cmentarza. – Tu była harówa na dwie zmiany po dwanaście godzin, dzień i noc. Tam, gdzie autobusy teraz stoją, były namioty rozbite. Dookoła lampy, agregat huczał dwadzieścia cztery godziny na dobę, i tak się pracowało. Nie było zmiłuj się.

Jeśli pan Szymon jest ziemią, to pani Wiesława reprezentuje ogień. Jest osobą o bardzo silnej osobowości, dla której nie istnieją słowa „nie da się”. Każdą rozpoczętą sprawę doprowadzi do końca i żadna trudność nie zmąci jej wiary w możliwość osiągnięcia celu, w który wierzy. Pomimo zaawansowanego wieku, nie widać, aby brakowało jej sił. W 2015 r. dzieło pracy wielu osób zostało zwieńczone otwarciem odnowionego Polskiego Cmentarza Wojennego w Dytiatynie, który na uroczystej Mszy św. poświęcił bp Marian Buczek.

Ukraiński Hindus w polskiej szkole
Wielki, złoty krzyż połyskuje w słońcu tak, że muszę mrużyć oczy podczas pisania notatek z rozmowy. Potężna postać biskupa stoi przede mną pośrodku cmentarza, gdy trwają już przygotowania do uroczystości.

Biskup Buczek posługuje na Ukrainie już od 30 lat. Chyba nikt nie ma takiego rozeznania w życiu i problemach polskiej mniejszości w tym kraju, jak on. Od 2009 r. jest biskupem diecezji charkowsko-zaporoskiej, ale często bywa zapraszany na różne uroczystości w zachodniej części Ukrainy. Na pytanie o to, czym jest dla niego osobiście bitwa pod Dytiatynem, odpowiada:

– To przegrana, która była tak naprawdę zwycięstwem. Trzeba ją przypominać, bo tak samo bywa w naszym życiu. Z każdej porażki i trudności można wyciągnąć dobro. Ci żołnierze się poświęcili, ale dzięki temu udało się wygrać wojnę i Związek Sowiecki dotarł tutaj 20 lat później. Kilka lat temu na obchodach rocznicowych nawet Ukrainka powiedziała mi, że dzięki temu uratowaliśmy ich od kołchozów, głodu i wywózek na Sybir. Ja osobiście starałem się o to, żeby w szkole w Dytiatynie odbywały się zajęcia, na których mówi się miejscowym dzieciom o tym, co się tu wydarzyło i przed czym ocalili ich dziadków polscy żołnierze.
Spoglądam przez ramię biskupa na próbę śpiewu dziecięcego chóru. Pytam o to, jak Jego Ekscelencja widzi przyszłość Polaków na Ukrainie.

– Polska mniejszość po prostu wymiera – mówi biskup bez ogródek. – Starych Kresowiaków, którzy urodzili się jako obywatele polscy, została już garstka. A młodzież jak może, tak ucieka do Polski, zwłaszcza z zachodniej Ukrainy. Jadą na studia i nie wracają. Przeskok w poziomie życia jest zbyt duży. A to wszystko nasza wina! Efekt złej polityki państwa, obliczonej na to, żeby jak najwięcej ludzi z polskimi korzeniami sprowadzić do Polski, a nie ułatwić im życie tutaj. Prosiłem o stypendia dla tutejszej młodzieży i nic. A trzeba wiedzieć, że Ukraina nie jest państwem słodkim dla mniejszości. To nie tak jak w Polsce, gdzie mniejszość ukraińska wydaje „Nasze słowo” za pieniądze podatnika. Tutaj nie dostaniemy ani hrywny od państwa i jeśli nie mamy wsparcia z Polski, to nic nie zrobimy. Kościoły wyremontowane 20 lat znowu popadają w ruinę, bo parafie mają po 10-15 wiernych…

Szczupła, elegancka kobieta poprawia dziewczynkom kołnierzyki i wręcza biało-czerwone chorągiewki. Widać, że ma rękę do dzieci. Pani Mirosława Tomecka jest dyrektorką Towarzystwa Pomocy Polakom „Wielkie Serce” w Nowym Rozdole, miejscowości położonej 50 km na południe od Lwowa. Od jedenastu lat Towarzystwo prowadzi polskojęzyczną szkołę popołudniową im. Karoliny Lanckorońskiej.

– Nasze dzieci po dziennej szkole ukraińskiej przychodzą do nas i uczą się języka polskiego, kultury, historii i geografii Polski – tłumaczy pani Mirosława. – Szkoła popołudniowa jest nieobowiązkowa i naprawdę to bardzo budujące, jak dzieci się do niej przykładają.

– Nie przeszkadza im fakt, że prawie cały dzień siedzą w szkole? – pytam.

– Nikt nie narzeka – uśmiecha się pani Mirosława. – Polacy w Nowym Rozdole są bardzo zwarta społecznością i dlatego głupio jest u nas zupełnie nie znać polskiego. Pomiędzy dziećmi panuje taka zdrowa rywalizacja. Ukraińcy też posyłają pociechy do naszej szkoły, żeby ułatwić im start na studiach w Polsce. Mamy nawet jednego Hindusa.

Szkółka polska liczy 86 uczniów. Nie to, że nie chciałoby tam przychodzić więcej – po prostu nie ma dla nich miejsca. Instytucja mieści się w małym budyneczku z czterema klasami, a wszystkie zajęcia prowadzą cztery miejscowe nauczycielki. Typowym problemem dla tego typu placówek oświatowych na Ukrainie jest brak kadry i funduszy. Instytucje krajowe od lat nie wysyłają tam nauczycieli z Polski, a finansowanie jest bardzo skromne. Mimo tych trudności, polskie dzieci z Nowego Rozdołu już kilka razy osiągały sukcesy na olimpiadach naukowych w Polsce.

– Dlaczego stroje krakowskie? – pytam mocno zdziwiony, przypatrując się czarnym kamizelkom i kwiaciastym spódnicom.

– Bo takie mamy – odpowiada z rozbrajającą szczerością pani Mirosława. – To dar od prywatnego darczyńcy z Polski. Właściwe dla nas są stroje lwowskie, ale tutaj, w stanisławowskiem, nie wypada ubierać się „na baciara” [śmiech].

Dwa narody
W uroczystościach uczestniczy wiele znamienitych osób. Są wśród nich wicemarszałek Sejmu Małgorzata Gosiewska i konsul RP we Lwowie Katarzyna Sołek. Lecz z wielu odczytywanych na uroczystościach listów i przemówień zwłaszcza jedno zasługuje na wspomnienie. Były to słowa przedstawiciela szefa administracji obwodu iwano-frankiwskiego (czyli po polsku: wojewody stanisławowskiego), Wołodymyra Fedoraka. „Orsza, Kijów, Zamość. W tych i w dziesiątkach innych miejsc polskie i ukraińskie wojsko razem stawiły czoła wspólnemu wrogowi. I tutaj, pod Dytiatynem, bili się Ukraińcy, którzy jako obywatele polscy walczyli przeciwko krwiożerczej Moskwie. Dziękuję polskim żołnierzom, którzy obronili ukraińską ziemię przed barbarzyńcami. Dziękuję też wszystkim ludziom dobrej woli jacy wspierali nas w najgorszych dniach wojny w Donbasie, gdy zagrożone było istnienie niepodległej Ukrainy.

Nasze dwa chrześcijańskie narody, polski i ukraiński, wciąż trwają w wierze i tradycji pomiędzy dzikimi hordami na Wschodzie, a zlaicyzowanym, tracącym tożsamość Zachodem. Trwajmy tak dalej, razem! Niech żyje Ukraina! Niech żyje Polska!”

Marcin Więckowski

Comments are closed.