Spomiędzy pól kukurydzy wyłania się procesja. Wrażenie jest surrealistyczne: pośród natłoku zwyczajnych zdarzeń, przygotowań do uroczystości, prób mikrofonu i rozstawiania krzeseł, pojawiają się pątnicy. Na czele idzie chłopiec z ukraińską flagą. Za nim kościelny z krzyżem i staruszki z chorągwiami. Chwiejny śpiew starszych pań miesza się z równym głosem miejscowego proboszcza, który w zdobionych szatach prowadzi modlitwę. W połączeniu z posępną pogodą, mgłą i mżawką, cała scena wydaje się być przeniesiona z jakiejś innej rzeczywistości. Ale to wszystko dzieje się naprawdę, tu i teraz.

Rozlega się dźwięk dzwonu u bram cmentarza. Kapelan 10 Brygady Kawalerii Pancernej, ks. płk Michał Zieliński, przewodniczący Eucharystii, nakazuje wprowadzenie pocztu sztandarowego. Wykonywane są hymny obu krajów. Po obrzędach wprowadzenia i Liturgii Słowa ksiądz kapelan wygłasza bardzo emocjonalne i piękne kazanie:

Nie będę opowiadać po raz kolejny historii bitwy. Wszyscy dobrze ją znacie. Lepiej pomyślmy o tym, ile jest w Polsce i na Kresach miejsc takich jak to. Ile z nich nie miało – mimo wszystko – takiego szczęścia, bo nie zostały odnowione? I co zrobić, aby miejsc podobnych do tego, dowodów na to, że tutaj ludzie pozabijali się z nienawiści, było jak najmniej? Aby już nie powstawały nowe. (…) Dytiatyn jest symbolem nie tylko nienawiści. To także symbol miłości. Jak wielka musiała być ta miłość do Ojczyzny, który skłoniła kpt. Zająca do decyzji o pozostaniu na wzgórzu, gdy już nie było szans na zwycięstwo? Nie można kochać bardziej. Bo „nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich”.

Obchody bitwy pod Dytiatynem odbywają się od 9 lat. Najpierw stał tu tylko żelazny krzyż otoczony dziką różą. Później odbudowano cmentarz. Od 2015 r. uroczystości na odnowionej nekropolii gromadzą setki osób, od rodzin poległych, przez urzędników i osoby zainteresowane tematem, po miejscową ludność.

Rozmowy z najstarszymi mieszkańcami Dytiatyna otwierają zupełnie nową perspektywę ludzkich wspomnień i „mikro-historii”, o których albo nikt wcześniej nie słyszał, albo nie mówi się o nich głośno. Tych historii, jakich nie ma na kartach podręczników, ale żyją do dziś w ludzkich sercach. To oczywiste, że nie ma już osób, które pamiętałyby samą bitwę, czy pobojowisko – w końcu starcie miało miejsce prawie sto lat temu. Jednak następujące po sobie wydarzenia kolejnych dziesięcioleci napisały tutaj drugą historię – dzieje cmentarza i miejsca pamięci, które można analizować oddzielnie, niezależnie od wydarzeń z roku 1920.

Kościół nagrobny, który władze II RP wybudowały w miejscu pochówku poległych obrońców Dytiatyna, został zburzony przez bolszewików w 1948 r. Na rumowisku pozostał tylko krzyż, według legendy wykonany z łusek pocisków armatnich wystrzelonych przez kanonierów 8 Brygady Artylerii w czasie bitwy. O dziwo, stał na miejscu przez całe dekady sowieckiej władzy. Mimo że wzgórze 385, na którym stoczono bitwę, należy do terenów rolniczych, które w czasach Związku Sowieckiego włączono do państwowego przedsiębiorstwa rolnego – kołchozu – to samo miejsce pochówku polskich żołnierzy nigdy nie zostało zaorane, ani zasiane.

Świadkowie historii odsyłają mnie od jednego do drugiego: „O, ten, to panu powie!”, „Jej trzeba pytać, ona widziała więcej”. Niejednokrotnie zdarza się, że dwie osoby kierują rozmówcę do siebie nawzajem i każda z nich twierdzi, że „ta druga” więcej widziała, więcej wie, więcej przeżyła. Jednak do jednego z uczestników uroczystości prowadzą prawie wszyscy. To starszy pan w wełnianym swetrze, opierający się o kulę. Mieszkaniec Dytiatyna od urodzenia, rocznik 1940, Petro Hrudzewycz.

Przez całe życie zawodowe pracował jako kierowca w miejscowym kołchozie. W 1986 roku w lokalnych kręgach władzy zapadła decyzja o likwidacji krzyża i ostatecznym zrównaniu z ziemią polskiego miejsca pamięci. Na „akcję” zwieziono więźniów kryminalnych z pobliskiego zakładu karnego. Z wielkim trudem, ale w końcu poradzili sobie z przewróceniem krzyża. Trzeba go było jednak wywieźć poza wieś, żeby ludzie nie zechcieli postawić go ponownie. Dowodzący kryminalistami oficjel partyjny przyszedł do Hrudzewycza. Kazał mu wziąć krzyż na ciężarówkę i zawieść do lasu albo wrzucić do rzeki. Nie mógł tego zrobić. Odmówił i dla pewności wyrzucił kluczyki od traktora do rzeki.

Ostatecznie więźniowie na rękach ponieśli krzyż do wsi, gdzie wrzucili go za parkan cerkwi w Dytiatynie. Partyjniak powiedział: „Niech pop zabiera, co jego, my tego nie chcemy!”, po czym odjechał. Hrudzewyczowi jednak nie zapomniano nieposłuszeństwa. Ukarano go degradacją w pracy i kazano mu od tej pory rozwozić kilkudziesięciolitrowe bańki z mlekiem, które musiał ręcznie załadowywać na ciężarówkę. Pewnego dnia doznał ciężkiego urazu kręgosłupa. Do dziś jest przez to kaleką.

Kilka lat po drugiej dewastacji cmentarza w Dytiatynie Ukraina była już wolna. W 1991 r. na miejscu bitwy stanął nowy krzyż, przy którym wkrótce potem zaczęli się gromadzić ludzie dla uczczenia prawdziwych bohaterów bitwy z 1920 r. Oryginalny krzyż z pola bitwy umieszczono przed wejściem do cerkwi w Dytiatynie, gdzie stoi do dzisiaj. To wszystko nie byłoby możliwe, gdyby nie zaangażowanie miejscowego duchowieństwa.

Kapłan, którzy przybył na cmentarz razem z procesją, to ks. Mykoła Cymbalisty, proboszcz parafii grekokatolickiej w Dytiatynie. Nawet w pochmurny dzień jego jasne szaty połyskują i wyróżniają się bielą na tle cmentarza oraz okolicznych pól. Ks. Cymbalisty pełni posługę w Dytiatynie od dwóch lat, ale kontynuuje dzieło swojego poprzednika, który tak samo jak on, co roku prowadził z cerkwi na cmentarz procesję po porannej panichidzie – obecnym we wschodnich obrządkach chrześcijańskich nabożeństwie za zmarłych. To, co urzeka w ks. Cymbalistym już przy pierwszym kontakcie z nim, jest jego uprzejmość oraz postawa życzliwości i empatii. Gdy stoi lekko pochylony w swoich wschodnio-liturgicznych szatach, trzymając w dłoniach ukrytą pod szerokimi rękawami książeczkę do nabożeństwa, wszelki dystans interpersonalny znika i zaczyna się prawdziwie szczera rozmowa.

Czym jest dla mnie Dytiatyn? – powtarza na głos zadane pytanie i dopiero po chwili odpowiada: To dla mnie symbol miłości do Ojczyzny. Dzisiaj, kiedy Ukraina przeżywa bardzo ciężkie chwile, potrzebujemy takich właśnie symboli. 27 lat temu nasz kraj odzyskał wolność, ale wielu ludzi u nas nadal nie rozumie, co oznacza właściwie rozumiana wolność. Postawa kpt. Zająca i jego żołnierzy, to jest właśnie prawidłowe umiłowanie wolności, aż do ofiary własnego życia. Historię tej bitwy powinien poznać każdy Ukrainiec. Nie tylko dlatego, że została stoczona na naszej ziemi i dzisiaj stanowi także część historii Ukrainy. Przede wszystkim, ludzie muszą zobaczyć, że wolność nie jest dana raz na zawsze, a ci, którzy kwestionują jej znaczenie, właśnie tu, pod Dytiatynem, mają szansę zobaczyć, jak wielka jest to wartość, skoro ludzie potrafią o nią walczyć tak zaciekle.

Ks. Cymbalisty nie tylko prowadzi ze swojej strony uroczystości, ale też rokrocznie w porze wakacyjnej organizuje w Dytiatynie obóz młodzieżowy dla dzieci grekokatolickich z całej Galicji, na którym opowiada historię bitwy i uczy, jakie wnioski można z niej wyciągnąć. Duchowny przyczynił się również do tego, że w miejscowej szkole podstawowej na przedmiocie „Historia Ukrainy” poświęca się jedną lekcję historii lokalnej. Pośród wykładanych tam zagadnień znajduje się również bitwa pod Dytiatynem.

Czas goni i już lada chwila mają się rozpocząć uroczystości. Jednak udaje się jeszcze porozmawiać z drugim ukraińskim księdzem, który uczestniczy w obchodach. Z daleka trudno go zidentyfikować jako duchownego. Nosi mundur polowy armii ukraińskiej nowego typu, z czapką bejsbolówką na głowie. Dopiero, gdy podejdzie się bliżej, można zobaczyć, że na oznaczeniach rangi nosi krzyżyk, a jego stopień wojskowy nazywa się po prostu „kapelan”.

Ks. Roman Stadnyk od wielu lat stacjonuje przy garnizonie w Kałuszu, gdzie pracuje m. in. z żołnierzami, którzy wrócili z Donbasu z ciężkim zespołem stresu pourazowego (PTSD). Jest dla nich jednocześnie kapelanem, psychologiem i najlepszym przyjacielem.

Praca z żołnierzami jest dużo trudniejsza od zwykłej posługi na parafii – mówi. – Tutaj spotykamy się z problemami, które nie występują u cywilów. Żołnierze z poranioną psychiką naprawdę potrzebują pomocy i ciągłej uwagi. Kiedy zwykły człowiek ma problem, to z nim przyjdzie i o tym powie. A żołnierza trzeba cały czas obserwować, zwracać uwagę na jego gesty, zachowania, często skłaniać do otwarcia się, jeśli nie ma odwagi podejść jako pierwszy.

Na pytanie o to, czy istnieją jakieś wspólne problemy żołnierzy wszystkich wojen, odpowiada krótko:

Tak. To jest wspólny problem wszystkich ludzi, jacy chodzili po tym świecie, z wyjątkiem Chrystusa i Maryi. Jest nim nienawiść.

Na uroczystościach korpus dyplomatyczny reprezentuje konsul RP we Lwowie Marian Orlikowski i wicekonsul Katarzyna Sołek. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego – Krystyna Sałańska, Dariusz Sczęśniak oraz Teresa Zachara. Ukraińskie władze lokalne – Maria Szczepańska, przewodnicząca Rady Miejskiej Bołszowiec oraz Jewhen Dowżyński, sołtys wsi Dytiatyn. Z polskiego duchowieństwa są obecni: ks. dr Jacek Waligóra, przedstawiciel abp lwowskiego Mieczysława Mokrzyckiego, o. Stanisław Kawa, delegat o. prowincjała Zakonu Braci Mniejszych na Ukrainie oraz o. Bronisław Staworowski z Krakowa, kresowiak. Oczywiście, nie mogło też zabraknąć gospodarzy – Gwardiana o. Andrzeja Wanata, kustosza cmentarza w Dytiatynie i Sanktuarium Nawiedzenia NMP w Bołszowcach, a także posługującego tam o. Mariana Melnyczuka, Ukraińca wyznania rzymskokatolickiego i wielkiego przyjaciela Polaków.

Za oprawę muzyczną odpowiada orkiestra „Surmy Hałyczyny” ze Lwowa. Za śpiew – Zespół Pieśni i Tańca „Podolski kwiat” z Koziatyna pod kierownictwem Natalii Czajkowskiej, złożony z dzieci polskiego pochodzenia uczęszczających do polskiej szkółki sobotnio-niedzielnej. Piękny, wschodni akcent w wyśpiewywanych przez nich słowach, niczym z przedwojennego filmu, niejednych starszych uczestników uroczystości doprowadza do łez. Obrazu dopełnia młodzież ze lwowskiej jednostki „Strzelca”, która dumnie pełni wartę honorową przy tablicach z nazwiskami poległych.

 

Marcin Więckowski

Comments are closed.